niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 1 - Dożynki

    

"Każda przeszkoda ustępuje pod silną determinacją."

~ Leonardo da Vinci

 

Wstałam wcześniej. Do mojego pokoju dobijało się słońce przez małe okienko. Dzisiaj sobota, jutro niedziela. Właśnie jutro ten dzień - dożynki. Ciarki przeszyły całą moją skórę. To że pracuję w sklepie daje mi szansę bo mam zaledwie cztery karteczki. Tyle powinno być, choć krążą pogłoski że nasz burmistrz dorzuca niektórym karteczki by wziąć za niego astragale. Po co mu one? Przecież jest bogaty. Czas wstać, przemknęło mi przez głowę jeszcze jedno w co się ubiorę. Uznałam że poszukam ubrania wieczorem.  Poszłam zjeść śniadanie. Ach jak ja kocham wczorajszy chleb, masło i ser. Ubóstwiam, czemu nie stać nas na te wszystkie mięsa na targu? Ach zapomniałam - długi. Poszłam wziąć kąpiel. Ubrałam się w jeansy z szelkami biała koszulkę. Teraz mogę wyjść pospacerować. Jak ja kocham las, ubóstwiam ten zapach, smak jagód. Wróciłam do domu wieczorem. Nie widziałam się dziś z rodzicami, ach zapomniałam przecież pracują do dwudziestej a jest dziewiętnasta. Umyję się i pójdę spać pomyślałam. Jestem pełna od leśnych owoców. Zasnęłam. Obudziłam się jak zwykle bardzo wcześnie. Leniwe promienie słońca dopiero dobijały się do mojej sypialni. Pomarańczowy kolor wypełnił pokój. Pomyślałam jak tu pięknie, po jakichś pięciu minutach wróciłam na ziemie. Poszłam zjeść śniadanie, kto by się spodziewał że dziś też jest suchy chleb. Poszłam się umyć. Dopiero teraz przypomniałam sobie o sukience. Miałam przecież znaleźć ją wczoraj. Nagle mama wparowała do pokoju. 

-Hej skarbie. Mam coś dla Ciebie. - Powiedziała ze słodką nutką w głosie. Mama zawsze miłą melodyjny głos, jak słowik.

-Hej, tak naprawdę? -  Była podekscytowana i zszokowana, prezenty to tylko na gwiazdę i co najwyżej mała torebeczka słodyczy.

-Tak, mam dla Ciebie sukienkę. - Powiedziała radosna. Cieszyła się chyba tak samo jak ja.

- " O em dżi". Mamo jesteś kochana! - Podbiegłam do niej przytuliłam i pocałowałam w puliczek, Mama wręczyła mi ja i mnie przytuliła.

-Dziękuję, idę przymierzyć. - Powiedziałam iście podekscytowana, nową sukienką.

 Była to śnieżno biała sukienka z lekką koronką i czarnym paskiem materiałowym. Tyle wygrać. Była idealna. Byłam już gotowa na dożynki. Pożegnałam się z rodzicami i poszłam. Byłam lekko podenerwowana. Cały czas powtarzałam w duchu - ''Ja mam cztery karteczki, a niektórzy 10 ". Ustawiłam się w rządku odpowiednim do mojej grupy wiekowej. Na scence już wyszła ta przeokropnie ubrana i umalowana  Malaja. Boże co Ci Kapitoleńczycy na siebie zakładają. Miała ogromną zieloną sukienkę zrobioną z piór i zieloną perukę, na prawdę ogromną. Jak zwykle zaczęła się jej przemowa 

- Witajcie, Witajcie. Wiecie co dziś za dzień - dożynki - Powiedziała tym swoim piskliwym głosem, z taką radością. To obrzydliwe cieszyć się że dwójka ludzi idzie na śmierć. Nie przedłużając obejrzymy film opowiadający cała historię. Po pięciu minutach tego okropnego filmu wzięła się za dalszą przemowę. 

- Więc zaczynajmy. Co roku zaczynamy od dziewcząt w tym roku zaczniemy od chłopców. - Uśmiwchneła się od ucha do ucha. Podeszła do kuli swym dziwnym krokiem. Wsadziła tam swoja delikatną dłoń. Pomieszała w niej, wyciągnęła karteczkę i naszym męskim trybutem był...

- Aleksander Lowonston. Podejdź chłopcze, nie wstydź się.- Olek podszedł do sceny. Był to osiemnastoletni chłopak. Średniego wzrostu około stuosiemdzięśęciupięciu cm .Był synem rzeźnika więc należał do "śmietanki" siódmego dystryktu.  Podszedł tam. Malaja podała mu dłoń i zaprosiła na scenę. Wszedł tam po pięciu drewnianych schodkach.

-Może trochę oklasków dla... ? - Powiedziała Malaja swym Kapitolińskim głosem.

-Ale..Ale...Aleksander - Odpowiedział jękliwym głosem.

-Oklaski dla Aleksandra, z drugiej strony to piękne imię. Nie przedłużając Naszą damską trybutka będzie... Sam Maltton ! - Powiedziała z taką ekscytacją w glosie że aż dreszcz przeszył mi skórę. -Podejdź nie krępuj się dodała. - Nadal miała tą ekscytacje w głosie.

Podeszła do sceny. Weszłam po drewnianych schodkach...

_________________________________________________________________________

Przepraszam za tak długą nie obecność, ale brak weny . . . Jak mijają wam wakacje mi tak średnio na jeża ; - ; . Mam nadzieje że się spodoba.

 



czwartek, 7 sierpnia 2014

Prolog


                                                                   Prolog
           




       Sam to piętnastoletnia dziewczyna. Jej niebieskie oczy są hipnotyzujące, jak jezioro z odbijającym się księżycem w pełni. Jej Blond włosy spadają do ramion, a grzywka opada na  czoło. Sam mieszka z rodzicami w siódmym dystrykcie. Cała rodzina pracuję w lesie, tylko Sam nie znalazła tam pracy by pomóc rodzinnie. Panna Malton  zaś znalazła prace gdzie indziej, w sklepie z ubraniami dla tych "Bogatych" mieszkańców. Pewnie pomyślicie że zarabia dużo pieniędzy. Nie, to co zarabia to ledwo więcej niż w lesie. Stara się pomóc  swoim rodzicom. Jedyny pozytyw w tej pracy to to że ma wolne dwa dni w tygodniu. Ludzie  pracujący w lesie mają tylko jeden dzień. Sam oprócz pracy kocha spacery wieczorem po lesie. Chodzi na nie sama, nie ma przyjaciół. 







___________________________________________________________________________
Zapraszam do czytania. Mam nadzieję ze wam się spodoba.